9/02/2013

KGB #1: Growe narodziny

Ciężko mi sobie przypomnieć, co było na początku. Jeśli się naprawdę wysilę, to mogę sobie przypomnieć scenę, w której siedzę przed telewizorem z joystickiem w ręku. Pod telewizorem siedziała duża, szpetna skrzynia, to było Atari 2600.

Albo to była jakaś podróba? Nie wiem, z gier pamiętam jedynie wielkie piksele, przesuwające się po mieszkaniu. Była to zabawa w chowanego, jeden z graczy odwracał wzrok od telewizora a drugi przesuwał swój zlepek pikseli w dowolne miejsce w domu, lub poza niego. Prymitywne, ale tak się kiedyś grało.


Teraz, gdy sobie tak pomyślę, to moje pierwsze kroki w świecie gier wideo były dość... dziwne. Moje pierwsze gry były z drugiej generacji konsol (wcześniej były jedynie automaty do gry pong), sęk w tym że... jak byłem mały, to na rynku znajdowały się już o wiele lepsze konsole, bogaci hamerykanie i japończycy cisnęli na Super Nintendo, a ja miałem jedynie okazję pograć w to pierwsze Nintendo, w domu mojego kuzyna. Z gier pamiętam najbardziej pierwsze  Legend of Zelda, to było coś świetnego, otwarty świat, fajne potwory... i nawet sklepikarza można zabić! Odjazd. Też chciałem mieć Nintendo, i go dostałem! No, prawie. Dostałem coś bardzo podobnego.


Kolejnym moim krokiem w wirtualnej rozgrywce był Pegezus. To było coś! Dwa pady (przytwierdzone do konsoli), setki kaset z grami (z czego część nie działała a reszta posiadała coś kompletnie innego, niż było na plakietce). Wieczory spędzałem z młodszym kuzynem cisnąc w Urban Champion. Oczywiście na szczycie listy "the best of" znajdowała się zawsze Contra. Z mniej znanych gierek to uwielbiałem Legend of Kage i Combat - chyba jedyna gra RTS (tak!) na Pegazusie. Z Pegazusa byłem zadowolony, to był kawał świetnej (pirackiej) konsoli, przy każdym wypadzie na targ próbowałem zdobyć nową kasetę z grami. Do dziś posiadam najdroższy kartridż Pegazusa - mistyczne fioletowe pudełko "168 in 1".


Później rozpoczął się wielki przełom w moim growym życiu. W dniu swojej komunii dostałem piec komputer. Grube pieniądze zostały wydane na czasopisma komputerowe (na szczęście, płacił za nie mój brat) - Secret Service, CD-Action, Click!, Top Secret i kilkanaście innych tytułów. Wertując kolejne strony przyglądałem się wszystkim obrazkom z gier i tylko brzęczałem pod nosem "w to muszę zagrać, to też, to fajnie wygląda, łeee to jakiś szajs". Sęk w tym że gier za co kupować nie miałem, piracić* też nie można, bo w promieniu kilku lat świetlnych nikt nie miał dostępu do internetu. Na szczęście, do magazynów były wtedy dodawane płyty CD, więc nie narzekałem, szkoda tylko, że były tam same dema.
W co grywałem na kompie? Wystarczy przeczytać moje ostatnie wpisy by odpowiedzieć sobie na to pytanie - Duke Nukem, Blood, Shadow Warrior, Doom, standard. Co ciekawe, początki mojego "gejmingu" składały się głównie z gier FPS, dzisiaj do strzelanek nawet z kijem nie podchodzę.
Po zagraniu w drugiego Warcrafta, gry RTS zepchnęły strzelanki z mego serca. To był piękny czas dla gier tego typu - Age of Empires, Twierdza, Z, Starcraft, Total Annihilation. Gry strategiczne wychodziły hurtem i naprawdę ciężko było znaleźć jakiś zły tytuł. Szkoda że ten gatunek jest dzisiaj praktycznie martwy.


Po zdobyciu pierwszego komputera, przestałem interesować się konsolami. Albo dokładniej: przestałem się interesować posiadaniem konsoli. Nadal obserwuję rynek gier konsolowych i "co tam się za premiery szykują", ale czułem że moim terenem jest PC. Zresztą, i tak nie miałem pieniędzy by kupić Playstation czy Nintendo 64, chociaż na widok nowego Mario, nie raz mi kropla potu spłynęła po czole. Ale w końcu musiałem zgrzeszyć - po latach zakupiłem Playstation 2, kolejna generacja była już na horyzoncie, więc konsola jak i gierki były dość tanie, miałem okazję nadrobić trochę z historii gier.
W co grałem na czarnej skrzyneczce? Najpierw ukończyłem najlepsze tytuły, jakie konsola miała do zaoferowania: Okami, Shadow of the Collossus, Final Fantasy X (no dobra, tego nie ukończyłem, zaciąłem się), Persona 3/4. Później zabrałem się za mniej znane tytuły: Poison Pink, Ar Tornelico i miliard innych japońskich erpegie.


I na tym się kończy moja growa edukacja. Miałem jeszcze krótki romans z Gameboyem i Pokemonami, ale głównie trzymałem się komputera, jako platformy nr. 1. Dobrnęliśmy do dnia dzisiejszego - od czasu do czasu gram w jakieś MMO, odpalam stary tytuł z GOG.com albo Abbandonii, albo sprawdzam co tam piszczy w grach indie. Z graniem w najnowsze tytuły AAA mam problem, siła laptopa mi na to nie pozwala. Inny problem jest taki, że ostatnio nie wychodzi nic, co mogłoby mnie zainteresować.

Na sam koniec chciałbym opowiedzieć krótką historyjkę, jak się zaczęło moje zainteresowanie grami RPG. Otóż, gdy byłem bardzo młody, pewnego dnia mój brat przyniósł do domu pewną grę na kompa, nazywała się "Fallout". Spytałem się brata "co to jest?" a on odpowiedział "eee, taka gra rpg, nie spodoba Ci się takie coś chyba".

Na szczęście się mylił.

Wpis jest częścią Karnawału Graczy Blogerów

* No co? To były inne czasy, nie wiedziałem że to najcięższy grzech.

2 komentarze: