10/05/2013

Wielka Wyprawa





Stanęli naprzeciwko siebie. Z jednej strony dwunożny szczur, którego oczy jarzyły się czerwonym blaskiem. Za nim kłębiła się zgraja jego braci, każdy z nich był brudny i nerwowo się rozglądał. Jednak wyglądali jak elita w porównaniu z drugą armią. Leniwiec o trójkątnej głowie i wystających zębach, a za nim... spała reszta jego hałastry.
- Jak to się sssstało, że kapitanem ssstatku do Archiwum Moderatorów w Ruinach Projektowych ma być Sid Leniwiec? - wysyczał szczurowaty - Czy władcy Tysiąca Plemion zupełnie upadli na głowy?
- Skavenloft moim nawigatorem? Chyba mogę wcale nie wypływać...
Nie odzywając się zbytnio do siebie dwóch bohaterów wsiadło na statek. Jednak co ich tutaj skierowało? W bibliotekach Tysiąca odnaleziono dziwne zapiski traktujące o skarbach mitycznych Ruin Projektowych. Podobno ten, kto zdobędzie to, co jest tam ukryte, zapewnioną będzie miał wieczną motywację i chęć do współpracy. To właśnie to, co może pomóc jeszcze mocniej zjednoczyć Tysiąc Plemion.
- Naprawdę musimy grać takimi animalsami? Poważnie?
- Nie marudź, takie wylosowałeś plemię. Postaraj wczuć się w rolę.
- Possstaram się...

Skavenloft wzruszył ramionami i niepewnie popatrzył za burtę. Bał się wody. Nie miał pojęcia o nawigacji. Przeszkadzał mu nieruchawy ogon. Sięgnął po kostki, które poturlały się po pokładzie.

- W tamtą! Zakrzyknął odważnie, próbując wzbudzić chociaż cień entuzjazmu w załodze leniwców przesypiających przygodę życia wisząc pomiędzy olinowaniem.
- Domyślam się, że chodzi panu o kierunek północny - flegmatyczny sternik uprzejmie skinął głową, kierując okręt w odpowiednią stronę. Żagle wydęły się na wietrze i "Chiquita Maria Mercedez Eulalia Gonzales - Esteban" (flagowy okręt Federacji Wulkanów) pomknęła na spotkanie przygody.

Z każdym dniem tropikalny raj zostawał coraz bardziej za plecami naszych bohaterów. Pogoda psuła się, a morze - zimne i wzburzone, bez słów zdawało się mówić "Witajcie w dark fantasy. Pachoły." Pokusa ujrzenia na własne oczy starożytnych ruin pradawnych była jednakże zbyt wielka, by ktokolwiek chciał się wycofać. To znaczy - być może leniwce by chciały, ale nie bardzo chciało im się o tym powiedzieć. Szczurom, zajętym zjadaniem wszystkiego co popadnie, sytuacja była właściwie obojętna.
Plemienne dżonki i dłubanki dzikich nie zapuszczały się tak daleko od brzegów, które zasiedlały Plemiona. Coraz więcej było za to solidnych, pełnomorskich statków handlowych. Na horyzoncie rysowały się surowe, smagane wiatrem góry, nocą jarzące się ognikami niewidocznych miast i fortyfikacji. Archipelag nie był miejscem łatwym do życia, ale trzymanym twardą ręką ludzi żyjących z morza. Skavenloft stał z lunetą na dziobie, wypatrując igły białej latarni morskiej, wskazującej drogę do Utraconej Północy. W kieszeni ściskał granatowy goździk.

- Żebbby to ssszlag tttrafił... Źźźle mi bbbyło nnna mmmojej zzziemi... - szczęknął zębami Skavenloft. Szczurze futro bardzo śmierdziało i nieszczególnie grzało. Splunął, dostrzegając białe ostrze latarni morskiej. O krok przybliżyli się do pierwszych projektów, jakie poczynili pradawni. Owych nieoszacowanych skarbów, okruchów wiedzy z czasów, gdy był tylko Warhammer. - Wiedzo pradawnych, nadchodzę! - bąknął dla dodania sobie otuchy.
- Nadchodzimy - poprawił go kapitan.
- Nie uważasz, że za bardzo syczysz? I co to za pomysł, żeby grać szczurami?
- Lepszzzze to niż długorękie leniwce.
- Nie sycz tak.

To niesamowite, jak wiele się zmieniło, gdy bohaterowie opuścili Archipelag i wpadli prosto w zatokę Obską. Śnieg zastąpił piach, leniwce musiały się obudzić i skuwać lód przed statkiem (szkoda, że za punkty ewolucyjne nie wykupili ciepłych futerek), a szczury objadały spiżarnię. Gdy tylko postawili nogę na lądzie, wszyscy nagle poczuli się głodni i smutni. W każdym z miast, które mijali, ludzie szybko się chowali. "Mutanty... Eksperymenty na ludziach prowadzą..." dało się słyszeć przyciszone głosy spomiędzy budynków.
- Wynośśśśmy sssię ssstąd.
- Najpierw musimy dowiedzieć się, co dalej. - zakomenderował Sidson - Wiedzieliśmy tylko, że mamy przedostać się przez Archipelag do Proletaryatu.
Nagle na ulicy pojawił się patrol Czerwonej Armii. Starcie było szybkie, przez kilka sekund słychać było strzały, a po nich odgłos padających ciał... Takie drewniane strzały, z lotkami. Podczas lotu emitowały świdrujący dźwięk.
- Nieźle, szczurowaci. A gdzie moi... Bobby, dlaczego znowu śpicie...? No ja się normalnie pochlastam.
- Nie narzekaj, dobrze lód kuli - specyficznie zasyczał Skavenloft, co chyba miało być rechotem.
W tym momencie podszedł do nich staruszek.
- Poszukiwacze ruin...? Też byłem kiedyś poszukiwaczem jak wy, ale dostałem strzałą w... Nieistotne. Było tutaj kilku podobnych do was i skierowali się na wschód, przedarli przez puszczę i pojechali koleją pod oceanem. - przypomniał sobie starzec - Przynamniej tak słyszałem.
Jakie to... typowe. Bohaterowie nie wiedzą, co robić i nagle pojawia się wszystkowiedzący staruszek, który coś widział. No nic, chociaż dowiedzieli się, co dalej.
Ruszyli na wschód, mijając jeszcze więcej zgliszcz i lejów bombowych. Postapokalipsa w czystej formie, lekko zabarwiona czerwienią krwi i komunizmu. Naszym futerkowatym aż się jeżyły wszystkie włoski na myśl o tym, że muszą przejechać się ciasną koleją pod hektolitrami oceanicznej wody.
- Hah! Wchodzimy do mojego ulubionego systemu!
- Wiem. Zzzdajesz sobie sssprawę, że nie przepadam za possstapo?
- Nie musisz, wystarczy że jeden z nas się tym zajmuje.

Skavenloft w zadumie spoglądał na czarne ściany przesuwające się za wybitym oknem podziemnej kolejki. Bazgrane cyrylicą wyzwoleńcze graffiti zastąpiły swojskie "maderfakery" i "fakofy" - pewny znak, że wjechali w podziemia Neuroshimy.
- Mam nadzieję, że ten staruszek nas nie strollował - pomyślał Skavenloft, pocąc się w swoim szczurzym futrze i zastanawiając, czy w imię konwencji wypada włożyć maskę przeciwgazową. Neuroshima nie była miłym miejscem, a już na pewno nie dla kolesi wyglądających jak mutanty. Kolejka zatrzymała się na zrujnowanym, zasypanym łuskami dużego kalibru dworcu, gdzie piasek mieszał się z rozpadającymi kośćmi. Resztkami schodów wypełzli na rozpaloną południowym słońcem powierzchnię.
- Miłe miejsce. Masz pojęcie, gdzie powinniśmy ruszać dalej, zacny kolego Sidsonie?
- Oczywiście, mój nieobyty z postapokaliptycznymi klimatami Skavenlofcie. Otacza nas wyłącznie piasek, pustynia najeżona mnóstwem wrogów, pijanych Indian i naturalnych pułapek. Będziemy musieli udać się najbardziej niebezpieczną, wyczerpującą drogą w którąkolwiek stronę, aż coś przyciągnie naszą uwagę. To pierwsza zasada podróżowania w postapo.
- Czy wielki kosmodrom na horyzoncie przyciąga naszą uwagę?
- Myślę że tak. Ponadto, spełnia zasadę progresywnego udziwniania się środków transportu. Wykopmy tę starą ciężarówkę zagrzebaną w piasku i jedźmy utknąć w tamtym kanionie, to powinno załatwić sprawę.
- Jeżeli mówisz, że tak będzie najprościej...

Odgrzebanie starego kamaza, najwidoczniej ostatniej pamiątki po klimatach Proletaryatu potrwało do wieczora. Na szczęście okazał się być zatankowany i na chodzie, a także wzbogacony w lekki pancerz i działko na dachu, co wydatnie ułatwiło przedarcie się przez pustynię i utknięcie w kanionie. Tak, Skavenloft pozostawał sceptyczny.
- Co teraz, szefie?
- To bardzo proste. Zabłądzimy próbując ominąć kanion i po tym, jak obiją nam ryje w plugawym barze, będziemy już przy samym kosmodromie.

Ciało szczuroluda wygięło się wdzięcznie uderzając w drzwi baru, które poddały się wypadając z zawiasów. Dołączył tym samym do sterty szczurów i leniwców piętrzącej się przed zajazdem.
- I nie wracajcie tutaj! - zawołał ktoś z wewnątrz, zastawiając drzwi poszczerbiony stołem do gry w bilarda. Kosmodrom faktycznie był już niedaleko. Podróżnicy nie mogli nadziwić się pradawnym twórcom, którzy zostawili tu rakietę kosmiczną tylko po to, by ktoś kiedyś wrócił i zobaczył ich dzieła. Nie mieli jednak zamiaru narzekać - zaginione Archiwa były coraz bliżej - bliżej, niż kiedykolwiek udało się do tej pory sięgnąć użytkownikom forum. Jakie skarby i tajemnice się tam kryły? Wszystko zdawało się wskazywać na to, że to im właśnie będzie dane się o tym przekonać.
Ani szczury ani leniwce nie są stworzone do podróży kosmicznych, więc start i wyjście z atmosfery zapamiętali raczej mgliście, topiąc się w zbyt obszernych skafandrach i zastanawiając, do czego służą te wszystkie guziki i gałki. Pierwszy pozbierał się Sidson, spoglądając na stację kosmiczną przed nimi.
- To nie jest Orbital. - powiedział przestraszony Sid - Wygląda zbyt realistycznie i nowocześnie.
- Więc co to jest, do ciężkiej cholery. Polecieliśmy w nie ten kosmos?
W milczeniu rozpoczęli procedurę dokowania do tajemniczej stacji. Nie było wyjścia innego, jak tylko iść tam - i się o wszystkim przekonać.
- Wiesz Skavenie, że w świecie Neuroshimy czułbyś się jak w domu? Tam pod Nowym Jorkiem też żyją wielkie myślące szczury.
- Za to ojczyzna leniwców jest zjedzona przez Mechaniczną Dżunglę.
- Szkoda, że nie odwiedziliśmy moich zmutowanych braci...

Nasi bohaterowie wylądowali na mostku jakiejś ogromnej stacji kosmicznej. Chociaż słowo "wylądowali" nie do końca tutaj pasuje. Oni się cudownie rozbili. Naturalne 20, 20, 20 w rzucie. Widać nie wyszli jeszcze do końca z realiów Neuroshimy.
- Glaurg flaub blum blum. - rzekł na powitanie robot, który widać uznał ich za przybyszów z jakiejś innej planety.
- Poszzzzukujemy Ruin Projektowych.
- Glaurg flaub blum blum. - powtórzył robot protokolarny. Najwidoczniej był tutaj nowy. Skaven podjął zabawę...
- Sssslauf, trak fuj fuj.

O dziwo robot zszedł im z drogi i wskazał mały statek kosmiczny. Gdy tylko futerkowi zrobili krok do środka, zamknęły się za nimi drzwi. Wystrzelili jak z procy.
- Hej, Skav... Wiesz, że mamy instrukcję tego czegoś? Na pierwszy rzut oka mamy tu jakieś 18 tysięcy języków... Z ziemskich jest tylko PL. Dziwne, nie? Chyba twórca tego świata miał coś wspólnego z tym krajem. Boska moc, Polacy potomkami Adama i Ewy...
- Przeczytaj lepiej jak się tym steruje.
- Jasne... Jak zdasz Mistrzowski Test Pilotowania, to uda ci się otworzyć tunel czasoprzestrzenny. Koordynaty możesz wprowadzić, jak podłączysz sobie ten kabel do głowy. Tylko musisz mieć w niej jakieś złącze. Masz?
- Chyba sssobie w... nosss wssssadzę. Kto to wymyślił?
- Tak jest napisane. To podstawowa zasada - jak jest napisane, to tak robisz. Nie pytasz.
No i Skavenloft wsadził sobie kabelek do nosa. Widocznie wystarczająco głęboko, bo coś zabuczało, a oni znikli w jakiejś otchłani.
- Eeee.... Ssssid... Co to znaczy dług czasowy 2000 lat?
- Serio? Dwa tysiące lat? Wiesz, że Ci, co nas wysłali, już nie żyją?
- Czepiasz się, Sid.
- Oj, nie wiesz, jak bardzo.

- To znaczy, że... no cóż, pożyczyliśmy sobie trochę czasu. Mniej więcej. - z zakłopotaniem wyjąkał Sidson.
Skavenloft poddał się, pewny, że nigdy nie zdoła pojąć konwencji science-fiction i wszelkie tłumaczenie może tylko bardziej zamącić mu w głowie. Nagle statek zaczął lecieć coraz niżej i wylądował na jakiejś planecie.
- Hej! Znam to miejsce! Zzzaprojektowałem ten wodospad bracie! Jesteśmy u mnie!
- Znaczy się... w Salsie? - Sidson rozejrzał się z zaciekawieniem. Na horyzoncie wzbijał się w górę majestatyczny grzyb atomowy.
- O taaak, wszystko jest tak, jak przewidywałem... Musssimy wyglądać na pechowych psssionów... Russszajmy, w końcu mogę zzz całą ssszczerością powiedzieć, że zzznam drogę.
I wyruszyli, a Sidson wkrótce pożałował, że jego przewodnik wie aż tyle o drodze, kwiatkach, ptaszkach, lokalnych mieszkańcach, niesamowicie krótkiej odmianie dżdżownic, klimacie tego regionu Nodsamiry w środku lata, białych kobrach, zapomnianym grobowcu licza Mumtuzmaklaka, czarnoksiężnikach z pustkowi i wielu innych sprawach. Rozanielony szczuro-człowiek godzinami nie przestawał gadać, opisując każdy minerał i każdy oset - i jak to wszystko genialnie się składa. Kiedy przybyli do miasta - pylistej nodsamirskiej twierdzy, wybudowanej u podnóża kamienistego zbocza na którym miała miejsce pewna słynna bitwa i ucieszony twórca począł radośnie witać się z napotkanymi enpecami, Sidson wymiękł.
- Słuchaj, czy ty prowadzisz nas w jakieś konkretne miejsce, czy po prostu napawasz się własnym dziełem stary?
- Wiesz co, no pomyślałem, że jak już jesteśmy, to może nieco pozwiedzamy...
- Pozwiedzamy?! - wrzasnął Leniwiec złapał się za głowę.
- Spokojnie, mieszka tu jeden Inżynier, jeżeli dobrze pamiętam... Może i nie wie, co to dług czasowy, ale na pewno będzie w stanie jakoś nam pomóc.
Inżynier okazał się szczupłym jegomościem w przybrudzonym kombinezonie, bezustannie bawiącym się każdym przedmiotem, który znalazł się w jego dłoni. Jego "rezydencja" umieszczona w starej wieży ciśnień za miastem wydawała się jednym wielkim, piekielny mechanizmem, pracującym z nieustannym jękiem i trzaskiem. Cel tej pracy pozostawał jednakże nieznany. Wysłuchawszy historii naszych podróżników, pokiwał w zamyśleniu głową.
- No tak, to oczywiste - jeżeli chcecie się dostać do starożytnych Archiwów, będziecie musieli to zrobić przechodząc przez pierwszy ukończony projekt. Rzeczy najstarsze i pierwsze dziwnie często łączą się ze sobą... Macie dużo szczęścia, większość Kroniki to mechanika, a na tym znam się jak nikt w świecie, uśmiechnął się, podkręcając wąsa. Kilka minut później, podejrzana machina była gotowa.
- Słuchaj, nie podoba mi się, że całość przypomina katapultę i ma te kolce tutaj o... I tamte ostrza. Czy to jest naprawdę konieczne, żeby wysłać nas dalej? Sidson nie był do końca przekonany do konstruktorskiego geniuszu swego gospodarza, ale ponaglony przez Skavenlfta zasiadł z resztą załogi na wbudowanej w dzieło starej kanapie czekając, co będzie dalej. Grzmotnęło, cała wieża zatrzęsła się w posadach i na ułamek sekundy wszędzie dookoła były tylko przekładnie i zębatki.
- Wydaje mi się, że jesteśmy w Kronice - stwierdził Sidson, przyglądając się okolicy - Zobacz - ta "wjeża" umknęła przed korektą Ellaine...
- Uaa... Rzeczywiście, coś skończyliśmy na forum.
- "My" to za dużo powiedziane. Nasza dwójka mało tam zrobiła.
- Teraz ty się czepiasz, Skaven.

Rozejrzeli się.
- Tak, to na 100% Kronika. Widzisz te lśniące zbroje? I tych magów w długich sukienkach? Patrz, oni przy Salsiarzach to pryszcz.
W tym momencie leniwiec zaczął się naigrawać z młodego maga. Tamten wypuścił w niego magiczny pocisk... i zaczął uciekać. Leniwiec zaśmiał się złowieszczo.
- Ach, sloty na czary. Chyba największy dowcip RPG, na który poszły tysiące graczy.
- Nie były takie złe, Sssidson. Ale rzeczywiście, w Sssalsie już byś nie żył.
- Jesteśmy w świecie fantasy, więc idźmy do karczmy. Tam dostaniemy kłesta na odnalezienie Ruin.
Jak stwierdzili, tak zrobili. Po chwili jednak wpadli w lekką konsternację. Od jakiś trzech czy czterech światów nie widzieli swoich armii. Najwidoczniej zabalowali w Proletaryacie. O ile się da.
- Witajcie Podróżnicy! Wiecie, że pod moją karczmą są wielkie podziemia, a na ich końcu wielkie niebezpieczeństwo i magiczna księga? Wejdźcie tam i przynieście mi ją, a obsypię was złotem.
Sid spojrzał na Skavena.
- A nie mówiłem?
Podziemia okazały się być pełne pułapek, goblinów, orków, jaszczuroludzi, pojawił się młody smok, a nawet kilka golemów. Mistrz Gry musiał skorzystać z jakiegoś generatora potworów. Na końcu czekał potężny wojownik, który miał na sobie demoniczne znamiona.
- Jam jest Strażnikiem Kroniki, musicie mnie pokonać, aby ją zabrać!
- Ale my nie w tej sssprawie. Potrzebujemy dostać sssssie do Ruin Projektowych, a konkretniej do Archiwum Moderatorów.
- I przy okazji nie zginąć. Skav, zauważyłeś, jak mało niebezpieczeństw mieliśmy? Chociaż kilka strzał zarobiłem. - powiedział Sid wyciągając strzałę z... dolnego krańca pleców.
- Ekhem... No dobrze, pomogę wam. - powiedział skonsternowany rycerz - Aby się tam dostać, musicie posiąść potężniejszą magię od mojej. Trzymajcie się mocno, bo teleportacja poza granice świata jest bardzo nieprzyjemna.
- To sssie robi dziwne.
- Fakt. Przeszliśmy przez tyle światów i niemal żadnych niebezpieczeństw.
- Taki urok gier bez MG.

Teleportacja poza granice światów faktycznie była jednym z mniej przyjemnych sposobów podróżowania, z jakimi przyszło się zapoznać naszym dzielnym poszukiwaczom przygód. Starożytne Archiwa były jednakże coraz bliżej i nawet astma, gorączka, zawroty głowy, biegunka, wypadanie włosów i czyraki wydawały się co najwyżej drobną przeszkodą.
- Fassscynujący świat, ma różowe niebo i tylko połowę słońca...
- Skavenie, chyba troszeczkę dajesz się ponieść. To najzwyklejszy w świecie zachód słońca - a patrząc na tych wielkich gości wyglądających, jakby jedli kamienie, wnioskuję, że musi to być uniwersum Lakratusa. Podejdźmy do nich, nie wydają ię groźni, a może będą cokolwiek wiedzieć o Ruinach Projektowych...
- Taaa, wyglądają, jakby niejedną rzecz doprowadzili do ruiny...
Zwaliści giganci okazali się rzeczywiście stosunkowo przyjaźni, choć Skavenloft uważał, że wynikało to raczej z ich miażdżącej przewagi niż ciepłej, przyjacielskiej osobowości. Wiedzieli dużo, wręcz przytłaczająco dużo o wszystkim, co wydarzyło się w ich okolicy, wydawali się wręcz skarbnicami historii, kiedy zapatrzeni w horyzont prawili o wydarzeniach dziwnych i przerażających. Ich świat przeszedł wiele przemian, tak samo jak i oni - pradawna wiara ich praprzodków upadła, razem ze śmiercią dziwacznego boga, który sygnował się symbolem wahadła. Wszystko zdawało się wskazywać na to, że znaleźli się w końcu w odpowiednich czasach. Kres życia legendarnego Zegarmistrza przypadał na mniej więcej ten sam okres, co upadek Pradawnych Użytkowników - tuż przed Wojnami Zbanowanych. Ostatnia epoka, w której Archiwa Moderatorów były przez kogokolwiek odwiedzane.
Wspaniałomyślnie przekazawszy większość majątku i ekwipunku napotkanym gigantom, podróżnicy ruszyli dalej, na południe, by w głębi niezbadanych dżungli odnaleźć Ruiny Projektowe. Podróżowali szybko, w milczeniu, gnani wizją niewypowiedzianych skarbów i genialnych pomysłów, jakie niewątpliwie skrywały Archiwa Moderatorów. Nie zważając na bezustanne zaczepki ze strony małpowatych mieszkańców deszczowego lasu, krok po kroku przebijali się przez zwartą ścianę dżungli, co w przedziwnie łatwy sposób przychodziło leniwcowi. Dookoła widać było ślady zapomnianej cywilizacji. Powoli pochłaniane przez dżunglę, murszejące posty i zapomniane, walące się działy, pełne niezrozumiałych słów i przerażających wizerunków wyglądały dosyć przerażająco. Sidson i Skavenloft nie zważali jednak na nie, dążąc do epicentrum tych niezwykłości - zbudowanej na szczycie wulkanu piramidy z czarnego bazaltu, w której podziemiach znajdowało się legendarne Archiwum Moderatorów.
Rozpalona do czerwoności lawa wypływała z rzeźbionych pysków jaguarów u podnóża piramidy, powoli czerniejąc i stygnąc na zboczach wulkanu. Bezkształtne, bazaltowe posągi Pradawnych Użytkowników, zniszczone przez upływ czasu i złą pogodę pustymi oczodołami wpatrywały się w pustkę.
- To tutaj - powiedział Sidson do Skavenlofta - dotarliśmy do celu naszej wyprawy!
- Nasssz cel znajduje się w środku. Nie zzzatrymujmy się, syknął jego towarzysz wstępując w rozświetlone poświatą lawy ciemności czarnej piramidy. Oczy dwóch podróżników jarzyły się w ciemności - trudno powiedzieć, bardziej z ciekawości, czy ze strachu. Tak czy inaczej - już nie było odwrotu.
- Potrzeba nam jakiegoś klimatycznego dialogu.
- Ale jesteśmy już blisko końca, Skaven.
- Fakt, idźmy dalej.

Tekst, był podróżą przez niektóre systemy, które zostały (lub będą) wydane na RPGM. Autorami, jak i również bohaterami, opowiadania są Skavenloft (z Alembika) i Sidson (z Nuklearnych Śmieci).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz